FANDOM


Witam w kolejnym odcinku mojego programu. I zapewne wpatrując się w tytuł dzisiejszego materiału, możecie się już domyślać co się święci. I tak, wasze poszlaki znajdują pokrycie w rzeczywistości. Przełamałem się. Choć przez wiele miesięcy chowałem się za metaforycznym kamieniem, w pozie zatrwożonego żółwia, rozpatrując każdą propozycję negatywnie, czasem nie dając nawet znaku życia, nie mogłem tkwić w swojej obojętności w nieskończoność. Będąc bombardowany nieustającą falą  próśb, rosnących z każdym dniem jak grzyby po deszczu, wiedziałem, że mam spisany na siebie wyrok. A jego realizacja, była jedynie kwestią czasu. Czułem, że ponury żniwiarz, pod postacią tej zniewagi z piekła rodem, subtelnie przystawiał mi kosę po zroszonym potem gardle, ale mimo to, starałem się odwlec jego decyzję. Ale jak mówi znane przysłowie, co się odwlecze, to nie uciecze. A gdy starałem się uspokoić myśli, i pozostawić poza nawias wzmianki o tym tworze, ten wisiał na podium najgorzej ocenianych gier na Steamie, śmiejąc się ze mnie do rozpuku, namaszczając mnie przy tym śliną. Co zatem sprawia, że na sam widok okładki tej bezbożnej zakały, mam ciarki na plecach i przyspieszone bicie serca? I czy ta produkcja, faktycznie zasłużyła na zebranie takiego linczu? Na te i wiele więcej pytań, postaram się odpowiedzieć w tym odcinku. Tak więc, bez zbędnych ogródek, zapraszam do oglądania!

Gra Uriles Chasm, bądź w przekładzie na nasz rodzimy język, rozpadlina Uriela, wygramoliła się z bezkresnego analnego kanału Mefistofelesa, prosto na bezdroża dystrybucji cyfrowej, trzynastego września 2014 roku, za pośrednictwem spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, obdarzonej imieniem kis. A sługusy, którzy z pomocą swych zgrzybiałych klawiatur, zdołali pomóc uwiecznić to znalezisko na cyfrowej platformie Steam, ukrywały się pod szyldem, rail slejw games. Gorszego omena nie mogliśmy sobie wymarzyć. I nie sięgając wzrokiem daleko w portfolio tej stajni, możemy nadziać się na takie frykasy, jak między innymi, wydana siedem miesięcy wcześniej gra akcja z widokiem z lotu ptaka, ochrzczona tytułem mleko ultrafioletu, kontynuację mleka, pod nazwą tatuaż z płatkiem śniegu, która to jednak rozgrywa się przed wydarzeniami z pierwowzoru. Oraz wreszcie wytwór traktujący o samojebkach, pod wymownym tytułem selfie, siostry odwodnionego obiektywu, który paradoksalnie, więcej niż z nałogowym pstrykaniem zdjęć swojej podobizny, ma wspólnego z eksploracją przestrzeni kosmicznej. Zanim jednak weźmiemy głęboki wdech, i wskoczymy z impetem do tego elektronicznego ekwiwalentu szamba, prześledźmy wpierw, jak się sprawy mają na portalach sieciowych, skupiających się wokół gier.

Pomijając napisany kilka wiosen temu artykuł, umieszczony na portalu hardcore gamer, który według nieco dociekliwszych internautów, został napisany pod natchnieniem dewelopera, oraz innych specyfików. Epicentrum ognistej krytyki i cybernetycznego jadu, mieści się jednakowoż w zerojedynkowym lunaparku ekipy gabea newella, pod znakiem pary, który ostatnimi czasy zamienił się w najprawdziwszy, całodobowy, lupanar. Bowiem w momencie pisania tego epizodu, na dwa tysiące siedemset trzydzieści cztery recenzje, jedynie szesnaście procent ma pozytywny wydźwięk. Co nas jeszcze powstrzymuje, przed zmierzeniem się z nieuniknionym? Nie licząc tysięcy racjonalnych powodów, które przelatują mi teraz przez głowę?

AKT I: TRAUMA

Nasza robinsonada usłana brzytwami, żyletkami i szpicrutami, ma swój początek tuż po uruchomieniu pliku wykonalnego, gdzie nasze oczy mogą podziwiać, choć w tym przypadku to zbyt duże słowo, zakolczykowane marionetki Belzebuba. Gdy już nasz narząd odpowiedzialny za wzrok się pozbiera, i zaadaptuje do szaty zewnętrznej tej dwójki, która nawiasem mówiąc, obwołała się mianem Księżnych Growo podobnego Szlamu, możemy wydedukować z ich bełkotu, iż produkt, jaki będziemy mieli okazję sprawdzać, okazuje się być pradawnym artefaktem, skrytym gdzieś w odmętach składowiska szpargałów. Na domiar tego, nie jest to ot takie tam sobie szkaradzieństwo, a ścierwo z zacięciem biblijnym. Bo jak przecież powszechnie wiadomo, chrześcijaństwo i gry wideo, zawsze szły ze sobą w parze. Sam ze zdumienia musiałem przetrzeć małżowinę. Niedługo po tym momencie olśnienia, jesteśmy świadkami, jak jedna z białogłowych, stara się przebić obiektyw, wpychając do niego wywęszony chwilę wcześniej kartridż, zapewne by z pomocą rozsypanych szklistych odłamków, otworzyć swój umysł, i przy okazji parę innych naczyń krwionośnych. Po tym zdarzeniu jesteśmy przerzuceni do ekranu wczytywania, gdzie nasze tęczówki mogą się rozpływać nad mrugającym ewangelicznym cytatem, a wątek papużek nierozłączek, zostaje bezceremonialnie urwany. Czemu na powitanie dostaliśmy ten klip wideo? Dlaczego ktokolwiek uznał, że taka wstawka będzie idealnym wprowadzeniem do jakiejkolwiek gry komputerowej? Czy świat jest pustką, a my jedynie tylko urojeniem? Minęły niecałe dwadzieścia sekund, a już jestem bardziej zdezorientowany niż przed uruchomieniem tego chłamu. Nie mam pojęcia jak mój biedny mózg, wytrzyma resztę tych boleści.

Gdy tylko ten duet arlekinów zejdzie nam z ekranu, i przeprawimy się przez trwający ponad pół minuty ekran wczytywania, oraz parę komiksowych kadrów, zostajemy wrzuceni w sidła rozgrywki. Jako blond włosa niewiasta o imieniu Tabita, która faktem zbudzenia z ośmioletniego letargu jest tak oszołomiona, że na okienku poglądowym stara się udawać szczupaka, który dopiero co wynurzył się ze stawiku, stajemy za sterami kosmicznego wierzchowca. Naszym świętym obowiązkiem jest powstrzymanie Ogrodu Raju, któremu nie imają się żadne kule, poprzez dorównanie mu poziomem wiary. I by z sukcesem zrealizować powierzone nam dyrektywy, musimy zbierać naszym stateczkiem porozrzucane po przestrzeni kosmicznej strzępki Starego i Nowego Testamentu, które zostały wepchnięte kolanem do planetoidy, i mieć się na baczności, by nie zetknąć się z mitrężącym się warzywem, który zgniata nas na miazgę zaledwie po dotknięciu. Sęk w tym, że cała taktyka polega na wymierzeniu manuskryptu, przechwycenia go naszym zaprzęgiem, i podlecenia w lewy dolny róg, bo w przeciwnym wypadku z góry skazani jesteśmy na implozję naszej kosmicznej furmanki. Czasem zamiast upragnionej księgi, uwalniamy obcy statek, który mimo ściśnięcia wewnątrz asteroidy przez długie istnienia, nie widać po nim nawet rysy, jakby kurwa właśnie się wykluł z jajka Kinder Niespodzianka. Kiedy indziej, w trakcie starć doskwiera nam deficyt amunicji. A jeszcze innym razem, gdy po wielu gwiezdnych potyczkach czujemy, że możemy już poczuć smak zwycięstwa, upływa nam paliwo, którego nie możemy nigdzie pozyskać. Kurwa, minęła ledwie pierwsza misja, a już jestem skłonny zalać swoją twarz benzyną i rzucić w siebie zapaloną draską.

Po uporaniu się z niebiańskim sadem, oraz przeleceniu wzrokiem przez kolejne plansze komiksu, tym razem ze złotowłosą lalunią, pierdolącą trzy po trzy o kanistrze, i mimochodem odprawiającą modły, jesteśmy świadkiem tego oto zdarzenia. Dokładnie tak. Dziewoja, która ujeżdżała rakietę, dzierżąc w dłoni patykowaty pistolet, który został zapewne zwędzony od Hana Solo, właśnie została zgładzona przez lśniącą bilę, wystrzeloną przez latający krzyż. I to w ciągu, zaledwie dwóch sekund. Jeśli zatem szybkość naszych reakcji, chociaż minimalnie ustępuje tej, nadpobudliwego chomika, po wpierdoleniu batoników energetycznych, zalanych najczarniejszą z kaw, to o jakimkolwiek dalszym postępie  możemy zapomnieć. Gdy już dobierzemy się do skóry nowej mechanice, i ominiemy tę jakże oczywistą do ominięcia pułapkę, zorientujemy się, że prócz wirujących w powietrzu popielatych krzyżyków, nawiną się nam na oczy inne osobistości. Od pokrytych rdzą hydrantów, które leją nas świetlówkami, aż po korzystających z dobrodziejstw lewitacji przezroczystych typków. I choć nasz dzielny gnat, może położyć trupem przewagę plutonu oponenta, to zdarzają się anomalie odbiegające od normy. Bo jak wytłumaczyć działka, wylewające na nas deszcz pocisków, które po zebraniu solidnego łomotu, nawet nie mrugną, bądź drepczące na mechanicznych kończyn roboty, które w żaden sposób nie reagują na przestrzelenie ich cyber czaszki, o kopnięciu w kalendarz nie wspominając. Warto również nadmienić, że gdy wlecimy w odpowiednim miejscu pod jedną z tekstur, możemy zafundować sobie dwuminutowy przejazd kolejowy, podczas którego żadna z kul nawet nie zetknie się z naszym torsem, a bohaterka szturchając głową w sufit, nie doświadcza samoczynnego zejścia. I kiedy przelejemy więcej potu, niż linijek w kodzie tego programistycznego wyrodka, przebijając się przez kohorty barachła, i ubijemy stojącego na straży szefa, na którego sprawdza się poznana wcześniej technika. Czyli w telegraficznym skrócie, napierdalaj w przeciwnika, póki jego wnętrzności nie łupną w twoją paszczękę, mamy wątpliwą przyjemność zmierzyć się z kolejnym poziomem.  

Rzecz jasna zanim to nastąpi, jesteśmy zmuszeni przesiedzieć przez kolejną animowaną wstawkę, w której tym razem pierwsze skrzypce gra, odcięty łeb jakiegoś stetryczałego starca, który idąc za ciosem kierowanej przez nas dzierlatki, postanawia popleść trochę andronów. A zaraz po nim następuje przerywnik filmowy, w którym zachodzi burzliwa wymiana zdań, pomiędzy znanym ze wstępu czarnowłosym wałkoniem, a skonfundowanym brodaczem, który najpewniej został wzięty z łapanki, by lista płac zawierała więcej niż dwie głowy. W jej trakcie zostają przywołane tak palące kwestie, jak opcje, a raczej ich absencja, czy poziom ssania ogrywanej przez nas tortury. Po ciągnącym się, niczym roztopiona krówka na dnie dżinsów dialogu, zyskujemy przywilej wskoczenia do kolejnej lokacji. Tym razem degeneraci, odpowiedzialni za projekt, postanowili pohamować masochistyczne zapędy, i obrócić formułę do góry nogami, oferując nam coś z pogranicza dwuwymiarowej platformówki. I choć założenia są dobre, bo naszym celem jest wskakiwanie na palety, by odnaleźć siedem drzew, które to okazują się być karykaturami ukrzyżowanego zbawiciela, który w tym wariancie, wracając z drogi krzyżowej wyrzeźbił co nieco w tutejszej siłowni. Problem polega na tym, że nie dość, że nasz awiator płci pięknej podczas wykonania skoku, wybija się w górę, jakby przed musztrą wpadł tyłkiem prosto na kaktus, to jeszcze klawisz odpowiedzialny za tę akcję, to nie ZET, czy też SPACJA, lecz górna strzałka. Ja rozumiem, że testowały te lichotę mutanty, przesiadujące w przerwach obiadowych tuż obok reaktora w Prypeci, których ilość palców przewyższała iloraz inteligencji,  ale do jasny kurwy, miejmy jakieś resztki rozsądku. Kilka siarczystych przekleństw i schwytanych bożków później, otwiera nam się droga do finału.

I tutaj dane nam będzie doświadczyć ostatni, dzięki niebiosom, ale i jednocześnie najgorszy obraz, jaki nagrano na taśmie filmowej, użytej do stworzenia tego bubla. Nie dość, że jesteśmy w stanie zobaczyć jedynie czerwoną lampkę, i czubek głowy, znajdującego się przed kamerą szaraka, to jeszcze to nagranie, to nic innego jak modły. Klepanie pacierza przez wleczące się minuty. Tak męczące, że spływająca po trawie rosa, bardziej zaspokoiła moją ciekawość, niż to co się odgrywało przed monitorem. I kiedy ten pożal się boże klip, dostatecznie uśpi naszą czujność, projektanci rzucają w nas takim oto widokiem. Widokiem, który wypali mi się na soczewkach, oraz płatach mózgowych, przez długie lata. Oto bowiem zaczęła mnie atakować, usmarowana szminką żyrafa, wielkości całego uniwersum, która wprost ze swoich przekrwionych oczu, wypluwa zmorę epileptyków w kształcie pączków z dziurką, a my staramy się uratować sytuację, działkami naładowanymi dobrą nowiną. Na wszystkich świętych na całym globie, co tu się odpierdala? Jednak mimo poczucia dyskomfortu, porównywalnego do kolonia mrówek wspinającej się po plecach, sama walka została spierdolona koncertowo. Otóż mimo dobrobytu pocisków, bestia wyjmuje nam asa z rękawa już po pierwszych chwilach. Nie dość, że za każdym razem wysłane kartacze, orbitują wokół nas w ten sam sposób, to zbliżając się do końca pojedynku, moloch nawet nie kwapi się by podstawić nam dodatkową kłodę pod nogi. I gdy po pokonaniu tej gadziny, z nadmiaru adrenaliny, przegryziemy wargę, a papucie wystrzelą prosto do pierścienia Saturna, nasz zmysł wzroku momentalnie sprowadzi nas na ziemię. Albowiem nie dostajemy żadnego hucznego zamknięcia tej opowieści, rozwiązania wątków, czy nawet planszy z podziękowaniami. Zamiast tego dostajemy po mordzie napisem, koniec. Możesz wyłączyć monitor i się rozejść.

Oprawa audiowizualna jest tak wykwintna, że z zachwytu byłem bliski połknięcia swojego języka. Na widok grafiki, odkleiła mi się siatkówka, a łzy spływały po policzku. Choć postawiono na stylistykę, która nie dość, że obecnie triumfuje w świecie gier niezależnych, to jeszcze ma swoich zwolenników, to w tym przypadku produkt końcowy, prezentuje się tak świeżo, jak truchło Nostradamusa. Dwuwymiarowe obiekty wyglądają jak obrane na szybko i pokolorowane ziemniaki, paleta kolorów jest przesadnie pstrokata, a efekty specjalne wtórujące większym bataliom, prędzej spowodują atak padaczki, niż choćby ślinotok. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to ona pierwszymi nutami, zapędziłaby nawet najmniej wybrednego audiofila, do najbliższej kostnicy. Nuty, a raczej kakofonie wtykane nam do ucha, brzmią jak zszyte ze sobą dwa utwory, nie mające ze sobą wspólnego mianownika. Co się tyczy odgłosów towarzyszącym walce z tytanicznym krewnym okapi, bliżej im do mieszanki agonii, podczas skalpowania plastikową łyżeczką od herbaty, z odgłosami dławienia się gorącą kawą. Ba, do tego dochodzi fakt, iż w niektórych miejscach, nie pokuszono się o dodanie nawet kluczowych dźwięków, więc podczas swoich pierwszych kroków w nieboskłonie, poza wyniszczającą resztki szarych komórek kocią muzyką, nie będziemy w stanie usłyszeć nic. Choć w późniejszych eskapadach, taki problem nam nie doskwiera. Cóż, przynajmniej mogę ze spokojem na duchu, zamknąć ten rozdział, i nigdy więcej do niego nie wracać, czyż nie?

Dalsza część odcinka.