FANDOM


Witam w kolejnym odcinku mojego programu. Schyłek października to nietuzinkowy czas w roku, gdzie na ulicach można schwycić słuchem, rozlegający się echem, stukot tańczących szkieletów, zatopione w mgle okoliczne bulwary, oświetlają płonące dynie, a odsłonięte pyzy kostnieją z zimna, od przejmującego, i przyprawiającego o niepokój chłodu. Tutaj jarmarczność i kicz miesza się ze śmiercią, a paradujące w groteskowych kostiumach dziatki, stukają od drzwi do drzwi, by zapełnić swoje kieszenie rozchwytywanymi łakociami. I choć dzień poprzedzający ten Wszystkich Świętych, z dziada pradziada, był kością niezgody w rejonach słowiańskich, to i tak nie powstrzymuje to zapaleńców, przed wyjściem na miasto, w kreacji rodem z publicznej ubikacji. By zatem w pewien sposób uhonorować tę okazję, bądź wręcz przeciwnie, postanowiłem już piąty raz z rzędu, poddać się swemu zakorzenionemu głęboko w mózgu masochizmowi. W odróżnieniu jednak od poprzednich Halloween, tym razem postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, sięgając zarówno po twór, wprost z zerojedynkowego bazaru, pod patronatem Gabea Newuea, jak również, elektroniczną perłę, wyjętą zza kioskowego okienka, pokrytego pajęczą siecią. Jaki będzie rezultat tego iście wybuchowego połączenia? I czy jego doświadczenie, wzbogaci mnie o coś więcej, niż tylko zszargane nerwy? Zaraz się przekonamy. Tak więc, bez zbędnego grania na zwłokę, zapraszam do oglądania!

Gra TAKEN, wyłoniła się z cyfrowych moczarów, siódmego lipca, 2015 roku, za pośrednictwem Anded Jeti Software. Z kolei wydawnictwem, które pokusiło się wyciągnąć swą pomocną dłoń, w stronę nieumarłego człowieka śniegu, było niejakie maf nerd productions, które poza Przechwyconym, może poszczycić się także produkcją, zatytułowaną light bender, gdzie rolę pierwszoplanową grają tutaj, pryzmaty, lustra, oraz soczewki. Wspomnieć warto, iż David Warf, młodociany wizjoner i przede wszystkim, pomysłodawca grupy oraz projektu, który w hierarchii pracowników, stawia siebie niewiele wyżej od hodowlanego psiaka, postanowił wspiąć się po drabinie sukcesu, poprzez upchnięcie swojego wraku na Kik Startera. Portal, który to ostatnimi czasy z witryny, mającej na celu wspieranie przedsięwzięć młodych, jak też wprawionych talentów, przeobraził się w miejsce, skupiające desperatów, szukających miedziaków, na dnie portfela zbłąkanych duszyczek. Tak czy owak, choć Porwany został z powodzeniem ufundowany, i to co zaskakujące, za sprawą zakamuflowanego dobroczyńcy, który w ostatnich godzinach akcji, najpewniej w akcie litości, wrzucił im do wirtualnej puszki tysiąc trzysta dolarów, to poprzednia ich próba nie była równie udana. Wcześniej zamiast skromnych trzech tysiaków, majsterkowicze zażądali od bogu ducha winnych użytkowników trzy razy tyle, a wspomniany w obu kampaniach tryb dla wielu graczy, w ostateczności nie pojawił się w końcowej wersji produktu. Zanim zanurzymy się po same uszy, w szambie zwanym Schwytany, wpierw przebiegnijmy oczyma, przez wzięcie tego wytworu w Internecie.

I po dodaniu sobie dwa plus dwa, oraz wklepaniu paru fraz w wyszukiwarkę, możemy spostrzec jak karty na stole same się wykładają. Pomijając dosadny tekst, skwitowany notą jeden na dziesięć, autorstwa brytyjskiego Jima Sterlinga, którego niewyparzona gęby, i nieprzeciętna masa przeszła do historii, nawinąć też zdołamy się na artykuł pisany włoskim piórem. Choć makaroniarski recenzent wystawił bardziej pochlebną trójkę, to z jego słów można wyczytać, że nie krył swojego oburzenia. A na deser dochodzi ponadto odzew wprost ze źródła, czyli steama, gdzie na dzień dzisiejszy, szpargał od matematycznego kujona, otrzymał zaledwie 15 procent pozytywnych opinii.

Gdy nasz kursor osiądzie na ikonie tego niecnego chłamu, i ze łzami w pikselach, potwierdzi zamiar jego uruchomienia, dwukrotnie pobudzając lewy przycisk myszy do działania, po czym ziewniemy tu i tam, w trakcie prezentacji logotypów, pożal się boże autorów, wtem nasze spojówki, mogą delektować się tym oto pejzażem. Nad latarniami, które wyglądem przypominają laski świętego Mikołaja, po wrzuceniu do kadzi pełnej smaru, możemy dopatrywać się emblematu odpalonej chałtury, z którego uwidacznia się, wyciągnięta w stronę stratosfery dłoń, jasno sugerująca, filuterne preferencje ojca prowadzącego, bądź przedstawiające wiarę całego zespołu w wytworzony projekt, zaledwie parę chwil po jego wypchnięciu, do otchłani Internetu. Czyli w krótkich żołnierskich słowach, odpowiednik wywieszenia białej flagi. Do tego dochodzi rudera, wycięty laserem żywopłot, nędznie oświetlona tablica ogłoszeń, oraz fakt, iż cały ten krajobraz, tonie w kroplach deszczu, które bardziej przypominają węże z przedwiecznej Noki, niż faktyczne krople. Ortodoksyjni wyznawcy pi sji master rejs, też nie będą mieli tu czego szukać, gdyż jedynie co kryje się pod opcjami, to zakładka wideo, pozwalająca nam zmienić rozdzielczość, podkręcić jasność, bądź wybrać język, który będzie nam wtórował podczas tej wątpliwej zabawy. Przepych aż bije z ekranu.

Przygotowana przez programistycznych geniuszy rozgrywka, to ekwiwalent ślepego gmerania po półkach, w nieoświetlonej piwnicy, w poszukiwaniu słoika marmolady. Pojawiamy się na, ponoć losowo generowanej planszy, za naszymi plecami znajdują się, zatrzaśnięte od środka wrota, a naszym oczkiem w głowie, jest znalezienie klucza, w gąszczu zakrętów i ślepych uliczek. Byśmy zdołali odnaleźć się w tym gąszczu labiryntów, oddano nam do dyspozycji latarkę, która sięga czubka naszego nosa, a także dziesięć termosów, tak naszpikowanych promieniotwórczymi substancjami, że z miejsca wyregulowałyby niejeden licznik Gajgera. Jednak wszelkie nadzieje, na pomyślne ukończenie zadania, starać się będzie ukrócić złotowłosa panieneczka, z niedoborem hormonu wzrostu, obrysowanym wokół oczu,  pomidorowym dresjngiem, schlapanym malinowym syropem kubraczkiem, i wreszcie, upchanym watą misiem w garści.  Prócz szpetnej urody, lalunia może też poszczycić się zdolnością, przedostawania się swoim chuderlawym ciałem przez twarde, niczym materac wypełniony kamieniami, ściany. Rzecz jasna tylko w momencie, kiedy nie znajdzie się w centrum wydarzeń. Jeśli jednak uda się naszemu szkrabowi, złapać nas na gorącym uczynku, w ramach swoistej kary, otrzymujemy scenę tak wstrząsającą, że odbije się na psychice nawet osobom, które zjadły swoje zęby na niejednym dreszczowcu. *jumpscare* Aż pikawa wstrzeliła się prosto do gardła. Wracając do meritum, prześlizgujemy się od ściany do ściany, unikamy złego dotyku laluni, aż wreszcie staniemy u progu płonącej czaszki, która przeniesie nas do komnaty gnijącej niewiasty, w której znajduje się klucz, za którego pomocą zdołamy otworzyć kratę. Jeśli zatem czerpiecie przyjemność z gry w kotka i myszkę, a kółko uciekające przed kolorowymi duszkami to było dla Was za mało, to Tejken powinien wstrzelić się w wasze gusta perfekcyjnie.

W celu przykucia naszej i tak śladowej uwagi, wielmożni architekci ze stajni anded jeti, postanowili wyszlifować swe gmatwaniny, na trzy różne sposoby. Nie licząc labiryntu ogrodowego, który został oddany do użytku w chwili, kiedy lniano włosa miała, te dni, nasza noga postanie również na, stacji badawczej na syberyjskim łagrze, w trakcie śnieżycy stulecia, bądź słomianej chatki trzech świnek, z masywnymi ścianami, do środka których nawtykano, poćwiartowane szczątki wygłodzonego wilka. I ku zaskoczeniu nikogo, wszystkie te lokacje, to fotokopia tego samego scenariusza. W miejscu ochrzczonym nazwą gęstwiny, oprócz krzewów, obryzganych krwią menstruacyjną, natkniemy się takoż na znane z ekranu tytułowego, opady, spowalniające częstotliwość wyświetlania klatek, do poziomu zgniecionej dżdżownicy, którym bliżej do spadających wiązek ejakulatu. W zamieci, pomijając tytułową śnieżną zawieruchę, oraz wijące się w powietrzu czarne pyłki, napatoczymy się na lodowe bryły, służące za obmurowanie, a etap zwany Gizą, z wyłączeniem słomkowej elewacji, skrywa przed sobą drewnianą podłogę, gryzącą się z resztą otoczenia, oraz opary skondensowanego łajna. I biorąc pod uwagę, że architektura zależy od swoistego rzutu kością, oraz konta pod którym powiewa wiatr, raz furtka stanie przed nami otworem, w mniej niż pięć minut, a kiedy indziej, będziemy się błąkać po jednolitych korytarzach, bity kwadrans. Włosy stanęły mi dęba dopiero wtedy, gdy mój wzrok wylądował na sekwencji, towarzyszącej zakończeniu. Na przymocowanej łańcuchami do drzewa bujaczce, huśta się krewny pedobera, do pnia przybito plakat, a w zasadzie list gończy z delikwentem, który zapewne miał chrapkę na młodszą sztukę, na horyzoncie przebija się znana z kłębowiska smarkula, a cały ten pierdolnik, komponuje się z napisami końcowymi, przewijającymi się z lewej strony monitora. To się dopiero nazywa, szczęśliwe zakończenie.

Spichcona przez amerykańskich chałturników oprawa audiowizualna sprawia, że gałki oczne samoistnie zaczynają się topić, a uszy z łatwością opuszczają czerep. Model dziewczynki, który ślizga się po gruncie, niczym po dryfującej tafli lodu, przywodzi na myśl przemoknięty karton, wyrzeźbiony koślawą obieraczką do marchewek. Latarka kojarzy się bardziej z przepychaczem do kibla, ze świetlikiem, przyssanym do gumowego kołnierza, aniżeli znanym nam rozpraszaczem mroków. Fasady zostały wycięte z chirurgiczną precyzją, a dzierżony przez małolatę uszatek, wygląda jak pięć sklejonych ze sobą kul kociej sierści. Dramatycznie uderzające o ziemię, strugi deszczu, nie wydają z siebie nawet pryśnięcia, przygrywane w tle melodie brzmią jak stukane na cymbałkach, a akordy, które miały napędzić nam stracha, wybudzają nas z przewlekłej śpiączki, spowodowanej dziejącymi się wydarzeniami. A Ci bardziej dociekliwi, dogrzebią się do bolączek pod warstwą techniczną. Czasem, po powtórnym wczytaniu misji na Sybirze, zostajemy uwięzieni w kostce lodu. W wyjątkowych sytuacjach, po uruchomieniu etapie w Gizie, trafiamy poza teren działań. Niekiedy, po wielu minutach nieprzerwalnego marszu, tracimy czucie w nogach. A podniesienie klucza z szuflady, w sypialni naszej młodej damy, sprawia, że po ponownym wejściu w dowolny etap, drzwi same otwierają się na naszych oczach. Owacje na stojąco należą się w pełni.

Dalsza część odcinka